Friday, January 08, 2010

2000-2009: subiektywny przegląd CZĘŚĆ PIERWSZA

Ostatnio siedziałem sobie przed komputerem i pomyślałem: Tam do licha, przecież właśnie minęło dziesięć lat! Serio. Nie macie tego poczucia, że dopiero co nadchodził rok 2000 i wszyscy bali się, że komputery wysiądą?

Z tej okazji postanowiłem zrobić subiektywny przegląd najlepszych albumów, które ukazały się w latach dwutysięcznych, a jest tego wbrew pozorom sporo. Oczywiście pisząc najlepsze, mam na myśli te szczególnie mi bliskie, co nie oznacza, że są wybitne, oryginalne i zmieniające bieg historii (ale i nie oznacza, że takie nie są). Tylko albumy, które mną poruszyły.

Zapraszam więc do udania się ze mną na część pierwszą podróży do wnętrza lat dwutysięcznych. Albumów nie układam w żaden ranking, bo ciężko przydzielać im punkty i mierzyć na wykresie dr J. Evansa Pritcharda Ph.D.. Są ułożone w kolejności chronologicznej, od najnowszego do najstarszego. Let's get it on!

Kings Of Leon Only By The Night (22.09.2008)

Ten album to oczywiście trzydzieści srebrników, za które mainstream kupił trzech synów kaznodziei i ich kuzyna. Na Only By The Night nie mają już tego brudnego brzmienia i nie są już tacy indie, alternatywni i garażowi. W sumie dopóki tym się charakteryzowali, to pojawiając się na świętej pamięci MTV2, władni byli sprawić, bym szybko przełączył na inny kanał. Po prostu nie mogłem słuchać jak ten gościu, co u nich na wokalu jest, wyrabia jakieś bliżej nieokreślone dziwactwa ze swoim gardłem (mogły mieć też spory wpływ debilne fryzury czwórki z Nashville, ale pod tym względem wiele się na Only By The Night nie zmienili).

Aż tu pewnego dnia pojawił się darmowy odsłuch całego nowego albumu KOL na Last.fm. Jakaś bliżej nieokreślona siła sprawiła, że zaryzykowałem. Usłyszałem Closer. Dobre. Niezłe. Naprawdę niezłe. Nie! Ten song to bezwzględny kiler, a kilerów jest kilka na tym albumie! Ten album był w stanie sprawić, bym sięgnął po wcześniejsze wydawnictwa Kings Of Leon. Polubiłem je nawet. A Only By The Night to płyta, na której wszystko jest na swoim miejscu. Po prostu bracia Followill napisali proste, ale nie prostackie, przebojowe, ale nie tandetne piosenki. I można ich słuchać również w dzień.

Peter And The Wolf Lightness (31.10.2006)

Nie wiem co tu można elokwentnego napisać o tym albumie i to jeszcze tak, by wykazać się erudycją, której nie posiadam. Napiszę tak: ten album ma klimat. Jaki? Otóż wyobraź sobie, że jest druga połowa listopada, a ty wracasz do domu po całym dniu męczącej i frustrującej pracy. Pada śnieg z deszczem, a każdy krok przez błoto i kałuże jest wyzwaniem. Wsiadasz do autobusu jedziesz nim jakiś czas, a wlecze się okrutnie. Staje na przystanku i zostaje tam najdłużej, bo znowu się tam coś spieprzyło. Wysiadasz i czekasz w zimnie na kolejny. Ten jest jeszcze większym trupem, niż poprzedni, ale jedzie. Docierasz do domu. Zjadasz ciepły obiad, kładziesz się na kanapie, puszczasz Lightness i robi się jakoś tak bardziej ciepło.

Ten album jest kojący i relaksujący, a jednocześnie niebanalny i nietuzinkowy. Na niecałe czterdzieści minut przenosi, jakby to pretensjonalnie nie zabrzmiało, w inny bajkowy świat, a słysząc ostatnią, tytułową piosenkę nie masz dość. Ja nie mam.

Mando Diao Ode To Ochrasy (06.09.2006)

Na pozór Mando Diao to kapela, jakich wiele. Nie wyróżniają się jakimś nowatorskim stylem, oryginalnym imidżem czy ultracharakterystycznym wokalem. Są po prostu kolejną garażoworockową kapelą ze Szwecji.

Ale jak się ma okazję poznać Mando Diao bliżej, okazuje się, że to interesujący zespół, któremu zdarza się tworzyć melodie zapadające w pamięć. A Ode To Ochrasy to album wypełniony takimi właśnie melodiami. Ma przy tym klimat i to 'coś', czego potrzebuje chyba każdy dobry wytwór pracy ludzkiej zaliczany do kategorii 'sztuka'. To 'coś' sprawiło, że nadal do tej płyty wracam, mimo że nie jestem jakimś wielkim fanem młodzieżowego indie z kraju świętej Brygidy.

Pearl Jam Pearl Jam (02.05.2006)

Właściwie to powinien się tu znaleźć soundtrack Eddiego Veddera do filmu Into The Wild. To płyta treściwa, w której wszystko jest na swoim miejscu. Naprawdę gustowne, zgrabne, a przy tym i wzruszające. Nic nie mam do tej płyty, naprawdę nic, jest absolutnie, bezapelacyjnie zajebista. No i ma lepszą okładkę, niż ta przedstawiająca awokado. Tylko, że nawet biorąc pod uwagę, że ukazała się światu później niż Self-Titled macierzystej kapeli Edwarda Louisa Seversona III, słuchałem jej mało.

A Pearl Jam? Na początku usłyszałem pierwszy singiel Worldwide Suicide. I byłem sceptycznie nastawiony. Tak sceptycznie nastawiony dokonałem pierwszych odsłuchów tej płyty, po czym pobiegłem napisać sceptyczną recenzję na moim ówczesnym muzycznym blogu, na którego gruzach (bo to była pierwsza i ostatnia notka, jaką wtedy popełniłem), powstał ten blog. Ha! Przyznajcie, nie wiedzieliście!

W każdym razie, kiedy pisałem tamtą recenzję, byłem młody, a to było dawno i już sobie ten błąd wybaczyłem. Fakt, że na tej płycie są lepsze i słabsze kawałki, ale kto by oczekiwał, że Pearl Jam nagrają drugie Ten? Od Pearl Jam, jak głosi jakże arcyzabawny dowcip o żarówce, wymaga się, żeby byli Pearl Jam. Takim czy innym, ale Pearl Jam. Tu są Pearl Jam, a Pearl Jam to Pearl Jam, więc w czym problem?

Katie Melua Piece By Piece (26.09.2005)

To wydawnictwo to idealna płyta popowa. Nawet czas trwania ma idealny, bo trwa dokładnie 45 minut. Nie za krótko, nie za długo. Nie za głośno, nie za cicho. Nie za oryginalnie, ale nie za sztampowo. Właściwie ta płyta nie jest idealna. Jest w sam raz. Jest nie-za-idealna. A przy tym nie jest to jakiś tam smooth-jazzowy easy-listening, który puszcza się w niektórych centrach handlowych, co by nikogo przypadkiem nie wkurwić. Ta muzyka ma charakter, bo Katie Melua udowadnia, że niekoniecznie trzeba imprezować albo chodzić w obleśnym dresie po supermarkecie, by zwrócić na siebie uwagę. Nie wiem też czy przy albumie tym pracował jakiś superważny i supermodny producent ze sztabem podwładnych nieustannie podrasowujących każdą sekundę muzyki, by stworzyć naprawdę 'dobry pop' na miarę XXI wieku. Jeśli tak, to tego nie słychać. I chwała Bogu.

dEUS Pocket Revolution (12.09.2005)

A propos Boga. Kiedy bierze się na warsztat kosmiczne bądź futurystyczne klimaty, łatwo o kicz. Ale jak się gra w kapeli o takiej nazwie... Pocket Revolution to zbiór dwunastu różnorodnych, raz bardziej zadziornych, raz bardziej popowych, czasami epickich, innym razem subtelnych kompozycji. Przyznam, że zdecydowałem się sięgnąć po ten album, gdy zobaczyłem okładkę. Może się ona nie podobać. Ale mi się akurat podoba, a w dodatku uważam, że jest interesująca. Nie pamiętam już czy cokolwiek sobie po niej obiecywałem, ale dostałem album, który mając niesamowity klimat i zachowując spójność jest cholernie eklektyczny. Wyszło bosko, bo czwarty album tej belgijskiej formacji to kieszonkowe arcydzieło.

The Twilight Singers She Loves You (24.08.2004)

Za wszystkim oczywiście stoi Greg Dulli. Dlatego nie będę wiele pisał, bo pisanie o Dullim zwykle wiąże się z popadaniem w grafomanię.

Dziwna rzecz, że kiedy wszystkie wydawnictwa Twilight Singers mogłyby się znaleźć w tym przeglądzie, ja wrzucam tylko jedno, które wcale nie jest najmocniejsze, a w dodatku jest zbiorem coverów. Ale to od tego albumu moją przygodę z Dullim zacząłem (chociaż nawet gdyby nie było żadnej przygody, ten album i tak byłby szczególny). Poza tym utwory Billie Holiday, Bjork, Fleetwood Mac, Skipa Jamesa, George'a Gershwina (czy tam Janis Joplin), Johna Coltrane'a, Marvina Gaye, tej laski z Mazzy Star oraz... Mary J. Blige w rękach Dulliego i jego ludzi to tworzywo doskonałe dla czegoś magicznego, bowiem Greg Dulli to mistrz coverów. I tyle.

Monster Magnet Monolithic Baby! (16.02.2004)


Wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że grupa Monster Magnet gra coś, co nazywa się 'stoner metal'. Nie wiem, co na to Dave Wyndorf i jego ekipa, ale mi się niestety słowo 'stoner' coraz bardziej kojarzy z 'nudnym i przeestetyzowanym graniem dla grania' zamiast z 'czymś magicznym, co mimo wolnego tempa i nieskomplikowanej budowy wciąga i nie daje o sobie zapomnieć', jak to trafnie ujął klasyk. Wystarczy, że jakaś kapela ogłosi światu, że gra stoner i już uważa, że jest zajebista. Sorry, ale spora część płodów tych napiętych kolesi, grających te swoje napompowane, superciężkie kawałki nie jest nawet w jednej setnej tak fajna, luzacka i w ogóle cool, jak ten album.

Bo w istocie Monolithic Baby! to rock and roll bez napinki, a takiego chyba jednak ciągle deficyt. Znalazły się na nim niby to typowe, hard rockowe kompozycje, które doprawione sosem a la Wyndorf, nie wieją sztampą. A sam Wyndorf? (Przynajmniej wtedy jeszcze był) w formie – zawsze w swojej heavy metalowej kamizeleczce, z wąsikiem alfonsa, otoczony garstką roznegliżowanych panienek. Tylko perkusista nie dojechał na plan teledysku. Ale gra zajebiście.



Ciąg dalszy nastąpi.

3 comments:

Dick Sleazy said...

Noo.. Jest tutaj co komentować:P
Pozwolę sobie wymienić uwagi w punktach.
1. Nie ma "St. Anger"! No ale widzę, że będzie druga część notki.. (po prostu pamiętam jak spotkaliśmy się żeby założyć kapelę i coś kaprysiłem na ten album, a ty na to poleciłeś mi kopnięcie się w głowę).
2. Monster Magnet to jest najlepsza odmiana imprezowego hard rocka. Może to właśnie ta nutka stonera sprawia, że w przeciwieństwie do gunsów czy motley crue słucham ich stuffu bez takiego lekkiego, pobłażliwego uśmieszku.
3. Chyba w końcu przesłucham to osławione Kings of Leon (nie wiedziałem, że są z Nashville:P). I kupię plakat ze okładką "Piece by Piece".
4. Ostatnio siedzę na ćwiczeniach, coś rysuję w zeszycie, jakąś nalaną gębę. Nagle patrzę - a to Dulli:D
5. Skeptical hippo ist krieg.

Rogal said...

chciałem nawet użyć określenia 'imprezowy hard rock', bo przynajmniej ten album charakteryzuje ono doskonale, ale byłoby za dużo cytatów. właśnie albumy monster magnet nie kojarzą mi się z żadną stonerową ortodoksją, są bardzo różnorodne i ciężko ten zespół jakoś zaszufladkować. i akurat w ich wypadku wychodzi to na dobre, bo mają po prostu własny styl.

jeśli chodzi o katie, to polecam okładkę albumu 'pictures'. jeśli zaś o dulliego, to jak klikniesz na okładkę płyty wyskoczy ci teledysk, w którym oprócz swojej standardowej nalanej gęby, prezentuje jeszcze obleśną niby bródkę:D

kaasia said...

ech.. stworzyłam potwora.. ^^