Friday, December 11, 2009

Rollins Band




Mógłbym tutaj wylać ze trzy hektolitry wirtualnego atramentu, opisując osobowość Henry'ego Rollinsa. Napisać o tym, że oprócz bycia wokalistą, jest też aktorem (zagrał m.in. w Zagubionej autostradzie Davida Lyncha), pisarzem, poetą, publicystą, reporterem, felietonistą, ma swój własny show w TV itd. itp. Mógłbym napisać o ideologii DIY, którą Rollins wciela w życie prowadząc własne wydawnictwo publikujące jego książki i własną wytwórnię płytową albo o tym, że Henry'ego spośród gwiazd rocka wyróżnia fakt, że nie pije, nie pali i nie bierze narkotyków. Ale o tym wszystkim możecie się dowiedzieć stąd
 
Ja jednak chciałbym skupić się na tylko jednym z jego projektów – Rollins Band. W czasie swej działalności, od 1988 do 2006 roku, zespół miał kilka składów, dla których jedynym wspólnym członkiem pozostawał ten megamuskularny koleś powyżej (i poniżej), czyli rzeczony Henry Rollins.




Muzyka Rollins Band ma ciężar Black Sabbath i hendriksowski groove, a łączy to dodatkowo z licznymi innymi gatunkami, których wymienianie sobie daruję. Do tego wszystkiego dodajmy deklamującego swoje teksty, wrzeszczącego i skaczącego po scenie w samych szortach, wylewającego ocean potu Henry'ego i mamy zajebisty rockowy zespół.

Tematyka tekstów, czasem bezpośrednich, czasem ironicznych (jak kultowy Liar) jest różna: od songów kontestujących współczesny showbiznes, kulturę i politykę do piosenek o osamotnieniu, miłości i śmierci. Bohaterem piosenek Rollinsa często jest człowiek zagubiony, zakompleksiony, zrażony osobistymi porażkami, otoczony ludźmi, którzy podkopują resztki jego wiary we własne możliwości i zrezygnowany. Henry stanowczo się tej rezygnacji sprzeciwia. Zamiast rozpamiętywania przeszłości i trwania w marazmie, namawia do spojrzenia w przyszłość i realizacji swych marzeń.



PS. Rollins Band poznałem dzięki tym dwóm nieocenionym ćwierćmózgom z MTV, których z tego miejsca serdecznie pozdrawiam.


9 comments:

Emilio said...

Hm, facet nie miał poczucia humoru, ja na jego miejscu nazwałbym kapelę "The Rollins Stones". Cóż, wygrałeś, w wolnej jakiejś chwili może nawet kiedyś tego Rollinsa posłucham. (P.S. Nie jest Irlandczykiem, co? To może chociaż z Bostonu...)

Rogal said...

Nadrabia na swoich występach spoken word. Nota bene - też mógłbyś się zabrać za taką działalność. Zarabianie przez gadanie (i wcale nie musisz zostawać do tego politykiem:D).

kaas said...

..ani takim mięśniakiem jak on :P
Im więcej o nim słucham, lub im więcej jego słucham tym bardziej zaczynam się go bać! i to nie jest dobre :/

natasza said...

the brand new pitchfork! by rogal ;d

:))))))))))))

Rogal said...

kasia: nie bój się! ja cię obronię! *pręży muskuły*

natasia: to nie obelga, prawda? ;F

kaas said...

mhmm :D

Dick Sleazy said...

Damn! Przez Was też postanowiłem sprawić sobie własny kącik na bloggerze.

Fajnie to wymyśliłeś, z przybliżaniem sylwetek poszczególnych artystów. Przy czym mi jakoś Rollins Band nigdy nie podszedł - klimat jest dobry, ale brakuje mi polotu. Jeszcze tak co do bloga - pisząc o wybranym gostku lub zespole mógłbyś oprócz numerów z youtube rzucić tytuł płytki, którą polecasz zarzucić na początek jeżeli ktoś jeszcze w ogóle nie zna twórczości opisywanego podmiotu;)

Emilio said...

Tia, można być np. fundraiserem - przerabiałem :P Ciekawe, czy Rollins by się do tego nadawał. :>

waclaw said...

Heh, przeczytałem Twoją notkę i odkopałem wśród swoich kaset płytkę "life time". Postać i muzyka jak najbardziej mi znana. Będę obserwował i sprawdzał co tu wypisujesz:P