Saturday, December 05, 2009

MC5


(foto. myspace)

It takes five seconds... five seconds of decision... five seconds to realize your purpose here on the planet, it takes five seconds to realize that it's time to move, it's time to get down with it! Brothers, it's time to testify and I want to know: are you ready to testify?! Are you ready?! I give you a testimonium: THE MC5!!!

Pełną rewolucyjnego zapału przemową mistrza ceremonii w klubie Grand Ballroom w Detroit, Jesse'a Crawforda, rozpoczyna się debiutancki album zespołu MC5. Debiut, będący płytą koncertową, rzeczywiście wtrącił swoje 3 grosze do rewolucji. Motor City Five (pięciu facetów z Motor City, czyli z Detroit) są uważani za jednych z prekursorów hard rocka, punku, heavy metalu i czego tam jeszcze chcecie. Sonic Youth miało wziąć swoją nazwę od przezwiska jednego z gitarzystów MC5 Freda „Sonica” Smitha. Ich najbardziej znany utwór, Kick out the jams, pozostaje koncertowym wymiataczem dla tysięcy rockowych kapel coverujących go. A jednak chyba MC5 pozostaje trochę zapomniane.

Powstali w Detroit, w latach sześćdziesiątych. W napiętych czasach, gdy tym przemysłowym miastem wstrząsały zamieszki na tle społecznym i rasowym. Klimat biedniejących, chylących się ku upadkowi dzielnic nie skłaniał młodych mieszkańców Motor City jedynie do tumultów i rozrób, ale również do grania i słuchania hałaśliwszej niż przewiduje jakakolwiek ustawa muzyki. Chyba nie jest przypadkowe, że w tym czasie debiutują w Detroit The Stooges, a już w latach siedemdziesiątych kolesie z KISS będą śpiewać: you gotta lose your mind in Detroit Rock City.



Pierwszy album MC5 jest pełen trzasków, sprzężeń, hałaśliwych riffów i wrzasków. Dziki – to jest dobre słowo – dzikie są przemowy Crawforda, dziki jest tłum pod sceną, dzikie są chaotyczne wokale. Nie wiem czy jest na tym albumie choć linijka zaśpiewana bez szaleńczego zaangażowania. Dzikie, a jednocześnie precyzyjne są gitarowe solówki. Ten album to dzikie czterdzieści minut pełnokrwistego rock and rollowego setu, osiem głośnych, bezkompromisowych kompozycji i tylko pięć sekund, by się przygotować na tę petardę.

MC5 nagrali jeszcze dwa długogrające, studyjne już, albumy. Już nie tak krwiożercze i spontaniczne, nie tak hałaśliwe i buntownicze. Potem się rozpadli z tego samego powodu, z którego rozpadło się tysiące rockowych kapel – pokłócili się o dziewczyny i narkotyki (albo o narkotyki i dziewczyny). Pomijając próby reaktywacji grupy parę lat temu (z resztą już po śmierci wokalisty i jednego z gitarzystów legendarnego składu), zostało po nich to testimonium – które karze skakać, wrzeszczeć, machać włosami i głośno przeklinać.

Right now, it's time to KICK OUT THE JAMS, MOTHERFUCKERS!

2 comments:

trzylitery said...

dobra płyta, dobra recenzja:) a mój ulubiony kawałek z tego lp to cover J.L.Hookera:)

Rogal said...

dzięki:D mój ulubiony to chyba jednak tytułowy, ale tę płytę traktuję jako całość w sumie;F