Tuesday, February 16, 2010

2000-2009: subiektywny przegląd piosenek CZĘŚĆ DRUGA


The White Stripes Fell In Love With The Girl (25.02.2002)

Jack White to niewątpliwie postać, która zaistniała w latach dwutysięcznych. W ciągu dziesięciu lat zaszedł daleko. Zaczynał jako jeden z szeregowych działaczy nowej rockowej rewolucji, a w dziesięć lat później jest umieszczany na większości List Gitarzystów Wszechczasów i sobie jammuje z Jimmym Pagem i The Edgem w kinie. Kamieniem milowym w tej drodze jest oczywiście posiadacz riffu na miarę Smoke On The Water – kawałek Seven Nation Army. Ale czy ktoś jeszcze pamięta, jak Jack i Meg White zaistnieli w świadomości ludzi interesujących się muzyką, pojawiając się na antenie MTV2 z bezpretensjonalnym kawałkiem, jakim jest Fell In Love With The Girl? Ja pamiętam. Dzięki Bogu czasami herosem gitary zostaje ktoś, kto gra coś interesującego i prostego zarazem. Co do teledysku, w dzieciństwie byłem wielkim fanem lego.

Andrew W.K. She Is Beautiful (19.02.2002) 
 
Andrew – typek z przedmieścia nie mający bladego pojęcia o higienie osobistej, za to posiadający rozległą wiedzę na temat koktajli służących do walki z kacem – nie da się go nie lubić. Lubiłem ten song za prostotę, a teledysk za to, że on to tam niby wszystko amatorsko nagrywa i wykonuje. W czasach, gdy sam nagrywałem swoje trzyakordowe pomysły na dyktafon (jeśli odpowiednio wysoko ustawisz głośność nagrywania, gitara klasyczna zabrzmi jak z Black Sabbath), mogłem sobie pomyśleć: Andrew W.K. - mój człowiek w Nowym Jorku.

Alien Ant Farm Smooth Criminal (04.12.2001)
Ten song pokazuje, jak niewiele trzeba, by osiągnąć sukces, jeśli się tylko weźmie na warsztat odpowiednią piosenkę i odpowiednio ją zinterpretuje. Chodzi oczywiście o to, żeby oryginał pochodził z jak najodleglejszego gatunku muzycznego. No, ale właśnie – trzeba to wszystko zrobić odpowiednio. Alien Ant Farm zrobili to odpowiednio. I to w czasach, kiedy ludzie sobie jeszcze nie przypomnieli o Michealu Jacksonie, więc zarzut o granie pod publiczkę odpada. Szkoda tylko, że chłopaki długo nie pociągneli z tym sukcesem. Nie oszukujmy się, to była ich jedyna piosenka. Ale za to ogarnijcie backing vocals w wykonaniu basisty w ostatniej części utworu!

Tenacious D Tribute (25.09.2001)

Tego duetu przedstawiać nie trzeba. Oprócz rock and rollowego luzu i świetnego poczucia humoru (bo to chyba oczywiste), mają ci panowie świetny warsztat instrumentalno-wokalny, czego Tribute jest doskonałym świadectwem. Nie, zajebiste umiejętności też są oczywiste przecież! Genialny pomysł, genialne wykonanie, genialna wprawa z jaką ci goście poruszają się po... nie wiem... toposach muzyki rockowej? Mniejsza. W każdym razie – jeden z tych kawałków, której pojawiają się raz na sto lat.

Radiohead Pyramid Song (21.05.2001)
Tak, Radiohead wielką kapelą są. Dlatego jako jedyni się pojawią dwa razy w moim przeglądzie piosenkowym. Są tak utalentowani, że nawet słuchając albumu z odrzutami z sesji nagraniowych do poprzedniego albumu, znajdujemy takie perełki, jak Pyramid Song. Wlekąca się, psychodeliczna, ale nie mroczna partia pianina ilustruje tutaj genialny tekst. Ma on w sobie coś niepokojącego, ale dla mnie zarazem coś kojącego, kiedy Yorke śpiewa there was nothing to fear and nothing to doubt. Tym razem wrzucam wykonanie na żywo, bo teledysku na youtubie zazdrośnie strzeże wytwórnia płytowa i nie da się wkleić, a innej wersji nie chce mi się szukać. Ale za to możecie zobaczyć akcję sceniczną Yorke'a, która jest godna uwagi.

Rammstein Sonne (12.02.2001)
Jak wiadomo Niemcy to wielki i kulturalny naród. Wydał najwybitniejszych poetów, których nie da się czytać w oryginale i najwybitniejszych filozofów, których nie da się czytać w jakimkolwiek języku. Wydał też wybitnych kompozytorów, jak Wagner czy Schumann (a może nawet Beethoven i Mozart). Niestety - wybitnych zespołów rockowych nie odnotowano.

Oczywiście żartuję – byłoby niesprawiedliwością wobec Teutonów powyższe twierdzenie – mają fajne kapele, ale... muszę przyznać, że traktuję je trochę z przymrużeniem oka. A Rammstein? Niby też są jacyś tacy siermiężni, toporni i kiczowaci. No i śpiewają po niemiecku. Ale nie jest to ten sam kicz, co krasnale ogrodowe, a utwory piszą tak, że nie tylko da się tego słuchać, ale ma się wrażenie, że zespół straciłby swą osobowość, gdyby zaczął śpiewać np. po angielsku. Robią goście charakterystyczną, ciekawą muzykę z zapadającymi w pamięć motywami i świetnymi melodiami. Wybrałem Sonne, bo leciało kiedyś często w telewizji (oczywiście na falach podstawowego narzędzia germanizacji na ziemiach polskich – wiecie - nazwa stacji na V) i lubiłem ten utwór, w tej właśnie wersji, z kobiecym wokalem w moście. Wykorzystanie tego wokalu jest najlepszym przykładem tego, że można grać kiczowato, a jednak ze smakiem.

Rage Against The Machine Renegades Of Funk (05.12.2000)
W ostatniej klasie podstawówki takie bajery jak Internet, nie były jeszcze, jak zapewne pamiętacie, zbyt rozpowszechnione. Trzeba było się komunikować z globalną wiochą za pomocą innych narzędzi. Moim oknem na świat była telewizja, a konkretnie jeden kanał – nazywał się MTV2. Stacja reklamowała się pod szyldem – Alternative Music Television – nigdy właściwie nie rozkminiłem czy przymiotnik 'Alternative' odnosi się bardziej do 'Music' czy do 'Television', ale ważne jest to, że chłonąłem wtedy prawie wszystko, co się tam pojawiało, a pojawiały się tam rzeczy wybitne. Na przykład Renegades Of Funk. Kawałek wypełniony po brzegi agresywnym groovem i rock and rollowa agresją, i to taką na którą stać tylko kolesi, którzy w jednym rzędzie umieszczają Thomasa Paine'a i Jamesa Browna. Ogarnijcie most – Say jam, sucker, jam! Say jam, sucker, jam! Say groove, sucker, groove! Now groove, sucker, groove! Ma niesamowita moc. No i old schoolowy wah-wah na końcu. I koszulkę z napisem I love Bronx. Miazga.

Deftones Back To School (05.12.2000)
Pozostajemy w klimatach MTV2. Kolejny kawałek na którym się, nie owijajmy w bawełnę, wychowałem. Nie obchodzi mnie, że kolesie rapujący do riffów zagranych na obniżonych strojach od stupięćdziesięciu lat są bardzo, ale to bardzo passe. To jest Deftones. Cokolwiek nie zrobią, jest w tym jakiś artyzm, a na temat umiejętności wokalnych Chino Moreno (Chinona Morenona? nie podejmuję się deklinowania jego nazwiska) możnaby dużo napisać. Po za tym, możecie się śmiać, ale zawsze była w tym kawałku jakaś nostalgia. A teraz, gdy już się nie chodzi do szkoły, tym bardziej.

Sick Of It All District (21.11.2000)
Co tam, panie, w polityce? MTV2 trzyma się mocno? No, właściwie to nie za mocno ostatnio. Ale jeśli chodzi o tę listę, to nadal przy MTV2 pozostajemy. Jeśli chodzi o Sick Of It All, to nie należy lekceważyć ich wpływu na moje życie. Poza świetnymi riffami i zajebiście chwytliwym refrenem tej piosenki, cholernie mi się podobały te kaptury nowojorczyków. Pod ich wpływem (a trochę też pod wpływem Morenona) sam zacząłem nosić ciągle kaptur, również w szkole, co zaowocowało licznymi kłopotami (nigdy ich nie szukałem, same mnie znajdywały). No, ale teraz mogę przynajmniej powiedzieć, że byłem buntownikiem w podstawówce. I że otarłem się kiedyś o kulturę hardcore, chociaż nigdy nie próbowałem nie jeść mięsa. I obczajcie to – czyżby twórcy klipu do District przewidzieli 11 września? Myślę, że sprawa jest warta zbadania.

The Twilight Singers King Only (09.10.2000)
Pozwolę sobie na potrzeby muzycznej publicystyki uznać Gentlemen Afghan Whigs za szczytowe dzieło Grega Dulliego. Wyobraźcie sobie, że longplay ten rozszedł się za oceanem w nakładzie mniejszym niż Miłość W Czasach Popkultury Myslovitz w Polsce. A przynajmniej gdzieś tak czytałem. No, dobra: powiecie mi, że jestem fanem Dulliego i większość ludzkości nie podziela mojej aprecjacji dla jego (arcy)dzieł. Ale posłuchajcie tej piosenki. Jest prosta, popowa, przebojowa. A przy tym prawdziwa i poruszająca, w żadnym wypadku nie sztuczna, komercyjna czy jak tam jeszcze można obrazić piosenkę, która jest prosta, popowa i przebojowa. Tekst, przynajmniej w mojej interpretacji, także dotyka tęsknot wspólnych dla większości ludzi. Więc dlaczego ten song nie jest znany każdemu dziecku od Alaski po Indie? Możne znów chodzi o ten wokal. Albo o to, że Dulli jest gruby. No, nic – pozostaje zamknąć się w przytulnym sekciarstwie i przeżywać tę piosenkę po raz kolejny.

Robbie Williams Supreme (28.08.2000)
W końcu może uda mi się sprawić wrażenie, że interesuję się sportem i to w dodatku motoryzacyjnym! Ech, nie oszukujmy się, nikt się nie nabierze na tę przykrywkę dla wymiękłego sentymentalizmu. Czas się do tego przyznać - ta piosenka zawsze mnie trochę wzruszała... No, ale powychwalajmy walory artystyczne. Dobry pop, dobry songwriting, przyjemna żonglerka motywami z lat siedemdziesiątych. Jest to na pewno znacznie lepsza przeróbka motywu Glorii Gaynor, niż ta z repertuaru Pussycat Dolls (sorry) czy innego Timbalanda (no, dobra, swego czasu Timbaland był spoko, ale jego problem polega na tym, że nigdy nie zaglądnął do teki aforyzmów Leszka Millera).

W ogóle Robbie Williams to gość, któremu udała się ta ucieczka-z-boysbandu. Jak dla mnie, dużo lepiej, niż całemu temu Timberlake'owi, który nie tak znowu dawno wyważał drzwi otwarte przez Michaela Jacksona wiele lat wcześniej. A Robbie żadnych drzwi nie wyważa, a na pewno nie wyważał w czasach Supreme. Po prostu śpiewał dobre piosenki i dobrze się bawił, totalny luz. I myślę, że klip (który jest, umówmy się, stylowy), doskonale ten luz i dystans do siebie pokazuje.

A Perfect Circle Judith (08.08.2000)
Nie bójcie się! Już wracamy do mrocznych otchłani muzyki alternatywnej. Właściwie to jakąś godzinę temu dopiero uświadomiłem sobie, że Maynard James Keenan to jeden z najbardziej charakterystycznych głosów, jeśli chodzi o muzykę rockową. Jeśli słyszeliście jego.. nie wiem... dwie piosenki, w trzeciej poznacie go po drugiej linijce zaśpiewanego tekstu. A propos, próbowałem rozkminić o czym jest tekst Judith. Entuzjaści witryny songmeanings.net napłodzili dwadzieścia osiem stron rozważań na ten temat. Podobno jest o matce Keenana. Ja sobie chyba próbę interpretacji liryki odpuszczę i przejdę do muzyki oraz klipu. Ta pierwsza łączy rock and rollowy wykop z typowym dla A Perfect Circle (kusi by napisać "typowym dla Keenana", ale tak naprawdę w projekcie najważniejszy jest Billy Howardel czyli ten łysy) artyzmem i klimatem. A klip? Sprawdźcie moment w którym basistka wiąże włosy albo moment, w którym Billy sięga po tulejkę. Genialnie skadrowane, genialnie zmontowane.

At The Drive-In One Armed Scissor (18.07.2000)
Kolejny song z MTV2. Tylko nie mogę nigdzie znaleźć tej wersji w teledysku, w której pokazane były jakieś urywki z Polski, a na pewno z Europy wschodniej! O teledysku w ogóle wiele możnaby pisać – wygląda jakby był kręcony w latach sześćdziesiątych! Nie wiem, co mogę napisać o samej muzyce... Wchłaniałem to jako trzynastolatek, spędzając naprawdę długie godziny przed telewizorem, więc podobnie jak Deftones, Sick Of It All czy Rage Against The Machine, jest to dla mnie coś w rodzaju kanonu. Więc bawcie się dobrze, słuchając tych zrytych riffów, histerycznych melodii i rozedrganych wokali!

No i oczywiście jako, że w latach dwutysięcznych konsumowaniu muzyki towarzyszyło, miast robienia notatek, spożywanie napojów o wysokiej zawartości dwutlenku siarki, o czymś zapomniałem. Ale mogę to przecież naprawić!
Electric Six Gay Bar (03.06.2003)
Do prawdy, nie wiem, jak mogłem zapomnieć!

10 comments:

Kapr said...

Całkowitą niedorzecznością jest porównywanie riffu ze Smoke On The Water do tego z Seven Nation Army. :|

Kapermacher

Rogal said...

twoje zdanie. dla mnie riff z Seven Nation Army jest równie charakterystyczny, rozpoznawalny i równie prosty (można zagrać na jednej strunie:D), co ten z Smoke On The Water. co więcej sądzę, że podobnie jak Deep Purple, ćwiczą go wszyscy młodzi adepci gry na gitarze. no, oprócz oczywiście tych, którzy gardzą Whitem i uważają, że nie umie grać, a Blackmore'a wolą z okresu, gdy zaczął się przebierać za leśnego skrzata :P

btw. mam nadzieje, że przeczytałeś również o pozostałych piosenkach:D

emilio said...

Przeczytałem wszystko, przesłuchałem 3 (nie powiem które). Jedna mi się nawet podobała. Dżiii, w ogóle nie zastanawiałem się nad tym, że "Supreme" ciągnie motyw z G. Gaynor. Ci cholerni muzycy powinni gdzieś w tych teledyskach robić przypisy... Ano, i cieszę się niezmiernie, że przy jednej z piosenek nie wrzucałeś jej sui generis covera ;P

Rogal said...

no, liczę, że porwiesz się również na pozostałe kawałki. a kopii nagrania audiowizualnego z coverem jednej z piosenek z tej listy nie posiadam, więc nawet jakbym chciał, to nie mógłbym tutaj umieścić żadnych materiałów :P

Moses said...

Hah, mimo (totalnie) różnego gustu muzycznego miałem rogala na twarzy (:D) czytając ostatni wpis przypomniały mi się czasy kiedy z netem było krucho, a ja nienawidziłem MTV2 i Vivy, czekając tylko na godzinne metalowe programy późną porą gdzie leciał Slayer czy Panetera ;) Tak czy inaczej, dobrze że nie zapomniałeś o hymnie objazdu naukowego z zeszłego roku! Keep rockin' dude, bo świetnie się Twój blog czyta!

Rogal said...

haha, pamiętam program o ciężkich brzmieniach dzikiego wita na vivie, który leciał o pojebanie późnej porze. ale nie wiem, czy akurat o ten program ci chodzi:P:P:P

natomiast na mtv2 'seasons in the abyss' czasami leciało w środku dnia, a mudvayne i slipknota to w ogóle napierdalali na okrągło. ale to chyba też nie są twoje ulubione zespoły.

tak czy siak, dzięki za motywujący komentarz:D

Dick Sleazy said...

Kapr, nie pierdol. Jack White wielkim muzykiem jest;)

Podoba mi się dobór numerów, Rogalu. Nie będę oczywiście komentował wszystkiego, ale parę rzeczy: "Supreme" jest w ścisłej czołówce moich ulubionych piosenek (nie tylko ze względu na teledysk;). Wręcz, co ciekawe, kiedy słucham tego kawałka to zupełnie inne obrazy i inny klimat przychodzą mi do głowy, choć. Z zupełnie innej beczki, bo tu już Moses poleciał sentymentalnie - Alien Ant Farm to total, kojarzą mi się z pierwszymi domówkami w karierze:D A co do Rammsteina.. "Nie poznaję kolegi" :P

Z narzekań.. Fajnie, że dałeś Foo Fighters - ale ja bym postawił jednak na "The Pretender", ten kawałek to dla mnie majstersztyk.

O i będąc przy Grohlu, to co to za afront, gdzie QoTSA?:P Trochę brakuje mi też takich kapel jak The Hives, Jet, The Strokes, The Killers czy Franz Ferdinand - co jak co, ale zespoły z tego nurtu miały w tym dziesięcioleciu takie hity, że laczki spadają (oprócz The Hives żadni z nich nie podobają mi się tak na dłuższą metę, ale do pojedynczych przebojów mają/mieli łapę wyżej wymienieni i kilku innych).

Rogal said...

czy ja kiedyś coś złego powiedziałem o rammsteinie?:P co do qotsa, to jednak wolałem się ograniczyć (bo ten zespół jest zbyt lubiany, o czym już pisałem), ale mogłoby tu ew. trafić 'lost art of keeping a secret'.

myślałem o the hives i the strokes, charakterystyczne brzmienie, ale nie jestem w stanie wyróżnić jakiejś jednej ich piosenki czy płyty. może nagroda za całokształt? franz ferdinand zamietli scenę swoim 'take me out', ale czy ten kawałek jest mi bliski.. nie wiem. o jet zwyczajnie zapomniałem (a przecież gadaliśmy o nich nie dawno). z zespołów tego typu mogłoby się tu znaleźć the coral jeszcze. no, ale ile można? :P

Rogal said...

kurde, i jeszcze yeah yeah yeahs!

kaasia said...

jak dla mnie lista trochę dziwna.. parę piosenek zespołów, których nigdy nie rozumiałam i chyba już nigdy nie zrozumiem, parę, które sama bardzo lubię, a parę, pomijając tych, których nigdy nie słyszałam, które są mi całkowicie obojętne.. i chyba bardziej odpowiadała mi pierwsza część listy, choć też nie w 100%
no, ale lista ta jest całkowicie Twoja i wygłaszanie komentarzy w stylu 'co ja bym tu zmieniła' nie ma sensu..
i chyba dobrze, że nigdy nie miałam kablówki :|