Wednesday, December 22, 2010

Kings Of Leon - Come Around Sundown

Napisałem już prawie całą recenzję najnowszego albumu Kings Of Leon, gdy nagle przypomniałem sobie, że recenzji płyt muzycznych pisywać nie zwykłem. W dodatku rzecz, którą napisałem była dość miałka, a ja tak zapamiętałem się w zapętlaniu albumu, że zapomniałem o jednej rzeczy - czerpaniu przyjemności ze słuchania. Ale oto powracam, by napisać. Oczywiście nie recenzję, ale po prostu… tekst o najnowszym albumie Kings Of Leon. Bo jednak coś na ten temat do powiedzenia mam.
Ale najpierw kilka słów o poprzednim krążku zespołu, zatytułowanym Only By The Night, który był dla grupy z Nashville przełomem. Zrezygnowali wtedy z krzykliwego wokalu, brudnych gitar, buczącego basu i perkusji z talerzami, które brzmią, jakby w nie walił jeszcze Kieth Moon stawiając pierwsze kroki jako perkusista. Zamiast garażowego rocka zaczęli Kings Of Leon grać, co tu dużo mówić, pop. Oczywiście i na poprzednich krążkach znaleźć można było nastrojowe ballady czy pop-rockowe songi w średnim tempie, a z kolei na Only By The Night gdzie niegdzie bas buczał, a gitara sprzęgała. Nie chodzi tutaj jednak o szczegóły, ale ogół. O pewną zmianę nastroju. KoL pozostali tym samym zespołem, ale jakby bardziej czystym i wygładzonym.
Zaczęli być zespołem pop także w tym sensie, że stali się najzwyczajniej na świecie popularni. Ich piosenki trafiły do rozgłośni radiowych z jakiegoś powodu zwanych komercyjnymi i w gusta słuchaczy, którzy w tereny garażowo-indie-alternatywno-rockowe się nie zapuszczali. Zaczęli też przemawiać do słuchaczy, którzy wcześniej ich nie trawili i to trafiali już za pierwszym przesłuchaniem. Wśród tych ostatnich jestem ja. Tego się nie robi z pomocą jakiegoś zestawu zabiegów muzycznych. To się po prostu robi.
Niektórzy twierdzili też, że muzycy po prostu dojrzeli i zajęli się refleksją nad swoim życiem. Być może. Piosenki takie jak Closer czy Use Somebody rzeczywiście brzmią… refleksyjnie. Choć i na poprzednich albumach zdarzały się takie numery jak California Waiting, Talihina Sky czy Arizona*, które sprawiały, że się tak wyrażę metaforycznie, człowiek odstawiał piwo, wino i wódkę (na który to zestaw naonczas była moda) oraz papierosy i wychodził na dwór zaczerpnąć świeżego powietrza, popatrzeć na gwiazdy (niezależnie od tego, jak pretensjonalnie to brzmi) i pomyśleć nad swoim postępowaniem, to na Only By The Night osiągnęło to nie tyle większą ilość, ale jakąś inną jakość, bardziej intensywną.
Only By The Night było przełomem i dla mnie. Płyta powaliła mnie na kolana już po pierwszym przesłuchaniu. Jest absolutnie bezbłędna, wszystko jest na niej na swoim miejscu. Szybko zacząłem wpychać tę płytę znajomym, a oni choć początkowo sceptyczni, w końcu też to łyknęli.
Zatem podsumujmy ten przydługi wstęp. Mamy do czynienia z płytą ponadprzeciętną, przełomową, mamy do czynienia z kilerem i bestsellerem. I oto, po dwóch latach ukazuje się kolejny studyjny album grupy.  I jak tu teraz zrobić coś nowego?
Zacznijmy od okładki Come Around Sundown. Wygląda ona jak skrzyżowanie paczki mocnych cameli i okładki któregoś albumu The Twilight Singers. Jeśli dla Was nie jest to wystarczająca rekomendacja, to wiedzcie, że dla mnie jest. Okładka ma u mnie 11 punktów na 10 możliwych, chociaż przecież tak nie cierpię skal ocen i hierarchizowania. I ta okładka wprowadza nas w klimat. Południowy klimat.
Dobra – krzyknął ktoś z tłumu – zespół jest z Nashville, Tennessee. Jest południowy z zasady, z definicji. Nie może być nie-południowy. Nawet go tagują jako southern rock (tutaj wzburzenie fanów Pantery). To wszystko prawda. Kings Of Leon połączyli żywioł amerykańskiego południa z żywiołem brytyjskiego indie rocka. I to wcale nie na zasadzie, że siedzieli kiedyś przy piwie, odpalili myspace, wybrali losowo z listy dwa gatunki muzyczne i stwierdzili, że mają oryginalny pomysł na muzykę. Ale jeśli się spodziewacie w tym południowym klimacie, o którym mówię generała Lee,  kapeluszy, kraciastych koszul , Ku Klux Klanu i ostróg, to możecie się trochę zawieść. Cała ta południowość nie opiera się bowiem na prostym schemacie pod tytułem: indie dla rednecków.
Oczywiście jak to bywało drzewiej, również na Come Around Sundown w piosence The Face wokalista Caleb Followill zapewnia jakąś dziewczynę: if you give up New York, I’ll give you Tennessee, the only place to be. Utwór Back Down South można by nazwać utrzymanym w stylistyce country, ale chyba uczciwiej byłoby powiedzieć, że jest to po prostu utwór country. Tam również mamy ten, można powiedzieć, konflikt dziewczyna-ojczyzna (chyba gadam trochę jak Jarosław Kaczyński, ale przecież nikt nie jest idealny). Bohater rusza na południe i próbuję swą wybrankę przekonać, by wyruszyła z nim. Południe, południe, południe.
Ale tak generalnie ta płyta to po prostu skąpana w słońcu, gdzie niegdzie poprzecinana cieniami palm, podróż. Podróżuje czterech braci Followill, w swoim zespołowym vanie. Jest gorąco, ale temperatura staje się znośna, bo w końcu jest już zachód słońca. Podobno dzieciństwo członkowie Kings Of Leon spędzili na podróży z pewnym wędrownym kaznodzieją, który był przy okazji ich ojcem. I tę podróż czuć w tej muzyce, z każdym albumem coraz bardziej. Nie jest to jednak wesoła potańcówka na rodeo, ani zjazd Gunowners Of America. Nie znajdziecie tam wpływow Lynard Skynard, WASP czy Kid Rocka. Nie ma też robotniczego bluesa (chodzi mi tu bardziej o ogólny feeling, niż o gatunek muzyczny) w stylu Johnny’ego Casha. Podróż Kings Of Leon jest melancholijna i nostalgiczna na swój własny, jedyny w swoim rodzaju sposób.
Już w pierwszej piosence Caleb śpiewa z emfazą: I ain’t got a home, I’ll forever roam, co być może ma wprowadzić nas w ten włóczęgowski świat. Ale tu wychodzi kolejny temat. Podobieństwo tej płyty do poprzedniej. W absolutnie genialnym otwieraczu Only By The Night pojawiają się następujące słowa: Baby, do you think of me, where am I now, baby, where do I sleep? Powraca zatem motyw jakiejś bezdomności, wyobcowania, tęsknoty za, jak banalnie by to nie zabrzmiało, ustatkowaniem. Tylko czy nie jest ta piosenka kopią swojego odpowiednika z poprzedniej płyty? Sposobem na powtórzenie sukcesu za pomocą ogranego chwytu? Być może, jeśli się dużo myśli. Ale cały myk z muzyką polega chyba na tym, by za dużo NIE myśleć. Jak się za dużo myśli, to się psuje cała zabawa. Ale oczywiście nie sugeruję, że ta płyta nie jest szczera czy spontaniczna. A nawet nie sugeruję tego, że jest słabsza, mniej przebojowa czy że zawiera mniej chwytliwych muzycznych pomysłów.
Tych można znaleźć przynajmniej kilka. Koślawy, nieco fałszujący motyw gitarowy połączony z melancholijnym wyciem wokalu w Pony Up. Zabrudzona gitara w Mi Amigo przypominająca spokojniejsze piosenki z dojrzałego Led Zeppelin, do której dochodzi w drugiej części utworu jakaś sekcja dęta. Charakterystyczny drive w Radioacitve, który jest chyba jedynym szybkim utworem na tej płycie. No i właśnie, płyta ma to snujące się, spokojne tempo. Jak niespieszna jazda autostradą, by silnik twojego wielkiego amerykańskiego samochodu nie palił za dużo. W tym tempie trzynaście** piosenek z dobrymi melodiami. Racja, że to już nie to samo, co na Only By The Night. Bo też, kto taki sukces potrafi powtórzyć? Pink Floyd, Radiohead, Beatlesi? Come Around Sundown jest dobrym przedłużeniem tego, co działo się na poprzedniku. Mglistą drzemką po zjedzeniu wielkiego, soczystego steku. Posłuchajcie tej płyty i jej poprzednika, a potem powiedzcie czy macie podobne odczucia, co ja. Czy w te zimne, śniegowe ciemne dni, przenosi Was on do Teksasu albo na Florydę, nie po to, by smażyć się na plaży, ale by o zachodzie słońca stanąć na kolejnym wielkim parkingu przy kolejnej hali koncertowej, wypalić kolejnego papierosa i wyruszyć do kolejnego miasta. Codziennie innego.
*Utwór ten opowiada z resztą ponoć o burdelu, ale zapewniam, że… no… refleksyjnie. Wokalista na tle powoli snującego się motywu gitarowego wspomina z pewną dozą rozrzewnienia jakąś dziewczynę. Wspomina, choć przyznaje melancholijnie, że nie wszystko pamięta z powodu upojenia alkoholowego. I właśnie ta melancholia w głosie sprawia, że nawet numer o burdelu potrafi brzmieć, uderzę Was po raz kolejny tym słowem, refleksyjnie.
** Na deluxe edition tej płyty jest jeszcze świetny czternasty utwór, zatytułowany Celebration. Warto go posłuchać, bo to świetna, pełna napięcia piosenka. Jedna z tych, co to… no, wiecie, jedziecie przez pustynie nocą i zastanawiacie się czy spotkacie ducha. Czy coś w tym stylu. Polecam.

4 comments:

nina said...

wielki buziak i pokłony za ten tekst :*

MacieyTe said...

Eeej, ja właśnie jak słyszę "Closer" czy "Use Somebody" to owszem, idę popatrzeć na gwiazdy i właśnie piję te wódki/wina/piwa i palę papierosy :p Ale może każdy inaczej przeżywa refleksyjne chwile po prostu ;) A tak poza tym to naprawdę dobry tekst i nawet posłucham tej płyty, bo co by nie mówić, poprzedniczka jest naprawdę dobrym albumem. I w sumie nawet mam nadzieję, że to prawda i stawiają raczej na klimat niż szybkie rockowe kawałki, bo w tym są mocni, a w tym drugim jak dla mnie niekoniecznie ;)

PS. Ja na te zimowe miesiące mam na komputerze tapetę w bardzo podobnym guście, ta fajne drzewka na tle zachodzącego słońca, a w zasadzie takiego już minutkę po tym jak płonąca gwiazda zniknęła za horyzontem (zdjęcie z venice beach oczywiście :p)

E.d.C. said...

Nie czytałem. Nie lubię Leonu, bo to miasto na pewnym półwyspie, co powinien zatonąć. Tekst na pewno dobry :P. No i tego zespołu całkiem nie czaję, nie słucham i takoo. Sorry, zaspałem, myślałem, żeś se dał friko z pisaniem. I słusznie, że nie.
Biggest fan, (fun?) :D
E.d.C.

E.d.C. said...

No nie, jednak przeczytałem, momentami (ale to naprawdę momentami) na skróty, bo mam trochę delirium powczorajsze. Tekst rocks this goddamned land, Panie. Rzucaj Pan te studia i idź do reklamy zarabiać milijony i porywać milijony. Bo mnie-ś właśnie namówił na słuchanie tych "królów Leonu".
Ojej, a niech mnie! :D